Marketing wirusowy żyje!
2009-08-18
Tym razem chcę przedstawić historię, która przydarzyła się nam jakiś czas temu. Osoba z naszego zespołu, surfując po internecie, znalazła pewne nagranie.
Zainteresowała ją szczególnie liczba odwiedzin i podpis głoszący, że zabawny film w szybkim czasie zawojował internet. Osoba ta kliknęła zatem przycisk odtwarzania i zaczęła oglądanie...
Po 5 minutach link do tego filmu wszyscy mieliśmy już w firmowych skrzynkach. I sami rozsyłaliśmy go naszym znajomym. Oni przekazali go zapewne swoim znajomym i tak dalej.
W ten sposób nasze umysły (podkreślamy to: umysły, nie komputery) zostały zarażone wirusem... marketingowym.
Dlaczego o tym piszemy? Ponieważ do niedawna w internecie można było spotkać opinie, że to koniec. Wielkie odkrycie, jakim był niegdyś marketing wirusowy, na Zachodzie odchodzi już do lamusa.
Na polskim rynku amerykańskie rozwiązania przyjęły się z opóźnieniem i miały dość szybko zniknąć. Krytycy tej formy reklamy bardzo się jednak pomylili. Agencje reklamowe nadal chętnie korzystają z mechanizmu epidemii, aby dotrzeć do jak największej liczby klientów.
Czemu ta forma reklamy jest aż tak skuteczna? Można wskazać dwa główne powody:
1. Internauci (lub szerzej: konsumenci, nabywcy) chętniej ufają znajomym niż obcym.
Najlepszą promocją produktu jest ta, którą zajmuje się nasz znajomy, chwaląc się wszystkim, jaki wspaniały film obejrzał w kinie. Albo jak świetnie spisuje się jego nowy samochód. W ten sposób - najczęściej nieświadomie - promuje dany film lub model samochodu.
Firmy wykorzystują tę zasadę w realnym świecie (za pośrednictwem tzw. ewangelistów i marketingu szeptanego). W sieci WWW natomiast, zastępują plotki materiałami, które ludzie z własnej woli chcą wysłać do znajomych. Takie materiały noszą nazwę wirusów marketingowych.
W tym wypadku cała strategia promocyjna opiera się na zaufaniu, jakim obdarzamy bliskich nam ludzi. Wierzymy, że ich opinie są szczere i bezinteresowne. Jeśli polecają nam coś, co powinniśmy zobaczyć - polegamy na ich guście.
2. Potęga marketingu wirusowego tkwi w zasięgu jego oddziaływania.
Firma tworząca reklamę wpływa tylko na swoich klientów, ale oni mogą przesłać wirusa dalej.
Być może nigdy nie odwiedzilibyśmy np. strony WWW ze sprzętem dla muzyków. Ale jeśli nasz znajomy znajdzie w takim serwisie coś wyjątkowego (marketingowego wirusa) i wyśle nam link - uczynimy wyjątek. Co więcej - być może prześlemy adres strony do kolejnych osób.
W ten sposób firma, której strona WWW dociera zazwyczaj do pewnej ograniczonej liczby internautów, zyskuje nowych odwiedzających.
Prawdę mówiąc, prezentując Czytelnikom przykłady konkretnych wirusów marketingowych również wzięlibyśmy udział w ich popularyzowaniu. To jeden z największych sukcesów tej formy reklamy: każda wzmianka o filmie, nagraniu lub ilustracji jest zgodna z intencją jej twórców.
W tym momencie nie ma znaczenia nawet to, czy ktoś dany materiał krytykuje, czy też chwali. Gust klientów jest zróżnicowany, więc pojedyncze negatywne opinie o reklamie (np. na prywatnych blogach) lub podzielone zdania odbiorców wcale jej nie zaszkodzą.
Zadaniem wirusa marketingowego może być wywołanie dyskusji. Jak sprawić, aby internauci chcieli mówić o reklamie, popularyzując tym samym markę firmy?
Pomysłów jest wiele: w skrajnych przypadkach reklamodawcy odwołują się do skandalizowania i szokowania. Jest to ryzykowne, ale bywa skuteczne.
Wśród skutecznych, choć niekontrowersyjnych metod promocji, warto wymienić materiały wartościowe z punktu widzenia odbiorcy. Mogą to być darmowe fragmenty książek, które oferują czytelnikowi przydatne informacje, jak w dziale "Przykłady" pod poniższym linkiem prowadzącym do strony o naszej książce "Marketing wirusowy w internecie":
http://helion.pl/ksiazki/marwir.htm
Trzecia możliwość to tworzenie wirusów zabawnych, nawet jeśli okazują się zupełnie absurdalne. W internecie furorę zrobiła ostatnio reklama wody mineralnej Evian z udziałem grupy niemowlaków na wrotkach. Spot stworzony został w całości za pomocą komputerowej animacji.
Twórcy szybko uzupełnili filmik relacją z planu zdjęciowego i warsztatu grafików. Zdemaskowanie tajemnicy sukcesu (jak uzyskano płynne ruchy komputerowych postaci) było strzałem w dziesiątkę. Reklama rozbawiła internautów, a relacja z planu ich zaciekawiła.
Ekstremalne wyczyny małolatów w najpopularniejszej wersji filmu obejrzało na YouTube niemal 10 mln osób. Do tej ilości wyświetleń trzeba dodać wyniki z pozostałych portali społecznościowych.
Czasem reklama wirusowa może przybierać formy wręcz absurdalne, jak w przypadku projektu Monoface.
Monoface to fotomontaż wykonany w technologii flash. Poszczególne elementy twarzy na fotografii można zmieniać za pomocą kliknięcia lub tworzyć ich losowe kombinacje. Ponieważ każda ze sportretowanych osób przybrała dość oryginalny wyraz twarzy, efekt łączenia zdjęć jest groteskowy.
Ilość tak powstałych fotografii (z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że liczba możliwych kombinacji sięga ponad 700 tysięcy), prezentowana na blogach z całego świata,
świadczy o popularności projektu. A każdy z internautów korzystających z Monoface musiał odwiedzić witrynę jego twórców...
Wirusy marketingowe przenoszą na terytorium internetu mechanizm plotki. Zamiast przekazów ustnych, pojawiają się w nich linki do stron WWW lub materiały przesyłane mailem: zdjęcia, filmy, prezentacje multimedialne itp.
Marketing wirusowy ma przed sobą świetlaną przyszłość. Jeśli chcesz poznać wszystkie jego tajemnice, a także dowiedzieć się, w jaki sposób wykorzystać go we własnej firmie - mamy dla Ciebie dobrą wiadomość.
Na polskim rynku pojawiła się właśnie pierwsza publikacja, odkrywająca sekrety tej formy promocji.
Jakość "Marketingu wirusowego w internecie" zapewnia agencja reklamowa Ententa, z której wywodzi się trójka autorów książki. Zapraszamy do zakupu.
Komentarze (2)
kris
2009-08-18 16:56:39
2009-08-18 21:11:55